niedziela, listopada 04, 2007

Poszaleliśmy

Zainspirowane: http://technopolis.polityka.pl/?p=170

Dwa nowe rewolucyjne wynalazki facebook i twitter? Czy możemy opanować przez chwilę hurraoptymistyczne podejście, do każdego systemu, który pojawi się w sieci, a pojawiają się ich krocie.
Czy ktokolwiek jest wstanie podać racjonalny argument, który przemawia, aby masowo i nagminnie korzystać z takiego grono.net, facebooka i twittera (w yuwie.com nam za to już płacą - odpada!). Co takie daje to "bycie online"? Publikuje posty, pisze bloga, wrzucam zdjęcia, filmy, muzykę, patrze co za szmelc wrzucili nasi znajomi i znajomi znajomych i nieznajomi. Spędzam przed komputerem godziny, w pracy oszukuje tylko swojego pracodawce, w domu zaczynam oszukiwać siebie. Czy umożliwienie każdemu tworzenia i masowego publikowania swoich najczęściej żałosnych pomysłów i przemyśleń jest tak fenomenalną ideą, a co gorsza przeglądanie tego jest tak istotne? Na pewno jest to znak czasów, jest do sposób na zmianę naszej cywilizacji, zmieni to nasze horyzonty myślowe i percepcje rzeczywistości, szczególnie młodych osób, które stykają sie z tym "od początku". I bez wątpienia jest to dobre. Ale traktowanie tego jako czegoś obowiązkowego, modnego, koniecznego i ślepe pianie nad tym jest co najmniej nieprofesjonalne.
Opanujmy sie i popatrzmy, co to daje. Czas potrzebny na bezsensowne przeglądanie sieci i wrzucenie tam jeszcze więcej śmiecia nie zostanie nam zwrócony, ludzie zaczynają "spędzać czas" w internecie, niestety nie nad stronami z informacjami przygotowanymi przez specjalistów, tylko przez innych, nazwijmy ich przez grzeczność "zwykłymi użytkownikami sieci" jaką jakość mają te informacje?, jaką wiedzę niosą?
Czy ktokolwiek czytałby książki, gazety, czy oglądał programy tv, które byłby robione przez absolutnych amatorów, którzy nawet tego nie ukrywają. Czy ktokolwiek wydałby na to złotówkę? Nie sadzę, ale to jest w internecie, i jest modne. Pod tym chorym hasłem można sprzedać dowolny szmelc i jest sie trendy. Kubeł zimnej wody zostanie wylany na wszystkich, albo bardzo drastycznie, w postaci kolejnego krachu .com (tym razem w wersji 2.0), o którym już niektórzy przebąkują, albo... w znacznie gorszym scenariuszu... za kilka, kilkanaście lat ockniemy się ze świadomością, że wśród masy informacji, niemożliwe staje się znalezienie czegokolwiek wartościowego, ludzie są wykształceni przez blogi znajomych, ich jedynym zajęciem jest tworzenie kolejnych, jakość wiedzy spadnie tak drastycznie, że nieliczne jednostki, które przeczytały trochę książek na studiach (i na nie dotarły) będą warte fortunę, a reszta, wyprana z inteligencji "zwykłych użytkowników sieci" będzie ślepo klikała w kolejne linki i banery (korporacje już zacierają ręce...). Mam nadzieje, ze się mylę, bo cywilizacja nam trochę przyspieszyła i ciężko jest przewidzieć, co sie stanie za lat 5. Ale zamiast ślepo podążać owczym pędem, warto czasami zwolnić i zastanowić sie nad tym co nas otacza, co robimy i jakie są tego konsekwencje.
Przypomnę: nie kwestionuję rewolucji internetowej, możliwości, które daje, bezproblemowego kontaktu z każdym i łatwym dotarciem do sporej części informacji, sam tworze blogi, mam konto na jednym z serwiswów, ale nie jest sposób na życie, to jego cześć, wcale nie tak strasznie istotna!
Mój ulubiony cytat: "nadgorliwość gorsza od faszyzmu" pasuje tu jak ulał.

wtorek, października 30, 2007

Wpadła gruszka do fartuszka, a za gruszką......

Normalnie powinny wpaść dwa jabłuszka, albo chociaż jedno. Niestety, w tym wypadku to nie śliweczka niedojrzała, tylko właśnie jabłuszko, a nawet cały SAD jabłuszek.
Firma o tak uroczej nazwie, to wyłączny przedstawiciel APPLE w Polsce. Gdyby Steve Jobs wiedział jakim przedstawicielem jest wspomniana firma, wstrzymałby premierę iPhona, przyjechał do Warszawy na ul. Mangalia i zrobił chłopakom jesień średniowiecza. (Przynajmniej chciałbym w to wierzyć).
Nieprawdopodobne jest to, jak w kilkanaście lat po czasach, gdy w biznesie dużo zależało od cwaniactwa i krętactwa, oraz naciągania klienta istnieją firmy, dla których wciąż jest to wpisane w misje. Moje doświadczenia ze świadkiem Mac'owym to 6 lat zmagań. Nie zmagań z ideą systemu, makowcami czy innymi tymi durnymi rzeczami, które nie są istotne, ale własnie z firmą o działkowej nazwie.
Probolemu nie można zdefiniować bezpośrednio, czesto pojawiały się kłopoty z dostawami, z serwisem. Ale nikt nie dziala idealnie. W momencie gdy o Applu i iPodzie, wie szary zjadacz chleba, może warto coś zmienic?
Do tego pełnego jadu artykuliku popchnęły mnie ostatnio dwa, drobne, ale warte przytoczenia zdarzenia:
Znajomy, który katuje już chyba 3 ipoda, ma problem z modułem TuneFM. Gniazdo w nowym Ipodzie wyrobiło się tak, że przy lekkim poruszeniu TuneFM wypada i rozłacza transmisje, o co nie trudno podczas jazdy samochodem. Zestaw oddany do serwisu, po kilkunastu dniach wraca z informacją, że panowie nie wykryli usterki. U nich wszystko działa. Nie jest problemem, że serwis stara się walczyć z każdym klientem, który reklamuje ipoda, ale regularne zlewanie klienta, kodem UNS i jawne śmianie mu sie w twarz, to troche za dużo. Tym bardziej, że o kontakt z serwisem nie łatwo, bo ustawowe 2 tygodnie to marzenie, szczególnie jak "pan od ipodów" wyjedzie na wakacje.
Reasumując: dawno nie spoktałem firmy która tak ignorowała by klienta, nawet najdrobniejszego.
Druga akcja ma już zasięg korporacyjny. Kilka tygodni po premierze nowych iMaców (srebrnych) zamówiłem dwie sztuki. Sprzęty przyjechały, eleganckie, ładniutkie... wszystko oprócz klawiatur. Zamiast wylansowanych, cieniutkich aluminiowych klawiaturek, dostałem stare. Dostawca rozkłada ręce - takie dostaje od SAD'u, SAD twierdzi, że takie mu przysłali. I tu powstaje pytanie: kto przysłał? W jaki sposób zawartość opakowania nie zgadza sie ze ZDJĘCIAMI na nim? Jeśli jakimś cudem centrala pakuje klawiatury nie od kompletu (w co trudno uwierzyć), to może warto poinformować o tym klienta, albo, co zdarza się już coraz częściej dosłać mu właściwą klawiaturę, gdy będą dostępne. ALE po co dosyłać, jak można sprzedać za 187 zł netto. Tym bardziej, że nie jest to pierwszy przypadek gdy komputery z mojej ulubionej firmy nie zawsze posiadają klawiatury, choć klienci z zagranicy nie mają tego problemu...
O tym, że taniej jest polecieć do Anglii w weekend i kupić sobie iBooka już nie wspomnę.
Żal patrzeć na tak skandaliczne traktowanie klientów, marki i swojego wizerunku. Ale kiedyś już tak było "nie moje, to mnie nie obchodzi", nie moja marka, nie mój wizerunek. 50 lat to wałkowaliśmy, niektórym zostało.

czwartek, sierpnia 30, 2007

Umknęła nam rewolucja

Rewolucje nie zdarzają się często i nie umykają. Chyba, że chodzi o branżę IT. Ciężko znaleźć rok bez rewolucyjnego rozwiązania, no takie prawdziwe to raz na dwa lata się zdarzają...
Cóż takiego miało nam umknąć? Nie jest to nowy procesor, ani web 3.0. Jest to jedna z ostatnich konsol, a konkretnie Wii. Wiele powiedziano już na ten temat, najciekawiej chyba na www.wiihaveaproblem.com (która akurat nie działa, zastanawiam się czy to czasowe czy celowe...). W dużym skrócie to konsolka, która rozwiązaniami technologicznymi zostaje dalego w tyle za obecną czołówką, to co ją wyróżnia to bezprzewodowe kontrolery i możliwość odbierania ich ruchu w trzech wymiarach. Mówi to niewiele, ale jeśli uświadomimy sobie fakt, że teraz zamiast machać albo klikać myszką w ikonki, aby odbić piłkę, uderzyć mieczem czy skręcić ruszamy kontrolerem, a w raz z nim poruszamy się cali. Zapewniam, że nic nie opisze tego tak dokładnie, niż widok gracza, który stoi na środku pokoju i boksuje się z niewidzialnym przeciwnikiem, albo gra w golfa bez kija.
A gdzie ta rewolucja? Rewolucja jak zwykle przyszła z niespodziewanej strony, nie wygrały jej hełmy VR, ani przystawki zapachowe do PC (przysięgam że o czymś takim czytałem) tylko zmiana podejścia do sterowania w grze. Sytuacja w której zostaje złamany wieloletni stereotyp gracza, jako nieruchawej istoty siedzącej przed komputerem ma miejsce po raz pierwszy. Po raz pierwszy gracze (i to spore ich ilości) ruszyły się sprzed komputerów, na środki pokojów i zawzięcie machają wirtualnym mieczem. Miecz jest może i wirtualny, ale wysiłek nie. Nie uwierzyłbym, gdybym po godzinnej sesji w podstawowe gry na Wii (boks, łowienie rybek i tenis) nie miał zakwasów, a staram się należeć do tej grupy osób, która nie mdleje na widok przyrządu sportowego. Urządzenie, które w tak radykalny sposób zmieniło sposób grania, jest rewolucją. Ludzie zaczynają się ruszać, robić coś więcej niż leżeć na kanapie i katować pada. Próby w tym kierunku były już podejmowane, np Eye Toy, ale Wii jest o kilka klas wyżej.
Oczywiście, ktokolwiek próbował grać w coś dłużej za pomocą takich manipulatorów, wie, że długo się tak nie pociągnie, wspomnę tylko wycieńczenie po godzinnej sesji, a gdybym musiał kilka godzin przedzierać się przez kolejny poziom jakiegoś MMORPG'a i byłbym jakimś osiłkiem z dwuręcznym mieczem? Nie mówiąc już o ekstremalnej niewygodzie sterowania jakimś pojazdem za pomocą przechyłów kontrolera.
Ale to drobnostki. Ważne, że krok został wykonany i teraz kolej na następne. Mam nadzieje, że nastąpią. Polecam próbę sił na Wii, albo zakup dla dziecka, które zbyt dużo czasu spędza SIEDZĄC przed komputerem. Uwaga tylko na wyposażenie domu, a w szczególności telewizory, których przypadkowe dewastacje przez zapalonych graczy stały się legendą.

środa, czerwca 20, 2007

Edukacja, głupcze!

Czego z dziedziny informatyki najbardziej brakuje w typowym biurze? Nie, nie pracowników, zakładam, że nie wyjechali. Sprzętu, sieci, dostępu do netu? Nie, firma sobie radzi, nie bieduje, dział IT też jakoś ogarnia. Więc czego brakuje? Brakuje wykształcenie informatycznego pracowników.

Nieprawda! Umieją obsługiwać Worda i Internet też obsługiwać umieją….

Tylko, że to obecnie nie wystarcza. Często zastanawia mnie jak ludzie sobie radzą z codziennymi pracami na komputerze, nie mając podstawowej (w opinii branżowca) wiedzy. Najgorszym w tym wszystkim jest, nie to, co z uwagi na moją prace udało mi się zobaczyć, nie to jak często, ale to gdzie i u jakich osób się to zdarza.

Nieefektywny informatycznie handlowiec, dłubie godzinami zestawienia w Excelu, jego problem. Niewykształcona informatycznie sekretarka, czy recepcjonistka widocznie utrudnia życie biura, niewyedukowana jednostka na stanowisku kierowniczym niszczy życie osobiste asystentki, utrudnia funkcjonowanie pracownikom, działowi IT w szczególności, niestety nie przynosi wstydu….

Co z tym zrobić? Najchętniej uciąłbym problem u podstawy i zatrudniał w firmach tylko osoby o określonych umiejętnościach w obsłudze komputera. Niestety, taka firma mogłaby się narazić na poważne braki w personelu.

Prawda jest jedna: trzeba ludzi szkolić. Najważniejsze problemy są dwa. Niestety nie należą do nich ograniczenia w funduszach. Pierwsza sprawa to mentalność. Pracownik musi być komunikatywny, mieć prawo jazdy, albo jakiś certyfikat obsługi xero, często znać język. Ale sytuacja w której przyjmuje się, że każdy kandydat, który wpisze w CV informacje o obsłudze „Pakietu Office, Internetu, Worda i Excela” ma wystarczające kwalifikacje do wydajnej, a przynajmniej nie powodującej strat pracy na komputerze jest błędna. Często trudno obwiniać o to ludzi, w końcu gdzie mieli się tego nauczyć i wbrew pozorom nie jest to kpina – informatyka w szkołach ponadpodstawowych parę lat temu leżała (nie wiem jak teraz), prace licencjackie składali zawsze koledzy od IT, mp3 jest dość łatwo uruchomić bez szkolenia. Skoro nowych pracowników wysyła się na lokalne szkolenia branżowe, każdego powinno się wysyłać na krótkie kursy informatyczne. Przykładowe tematy: (właściwa praca z komputerem, efektywna obsługa edytora tekstu i klienta poczty, co to są dane). Proszę o zachowanie spokoju, nie stwierdzam kategorycznie, że tak teraz każdy musi robić – bo to utopia, ale trzeba zmienić podejmie, że takie szkolenia są potrzebne.

Drugi problem to sami pracownicy, choć większość chce się szkolić i rozwijać, to już na szkolenie stawia się co drugi, nie mają czasu, chęci, są zapracowaniu, ewentualnie przyjdą w przyszłym tygodniu. Szkolenie traktowane jest jak coś dodatkowego, często jak zło koniecznie i zanim to się zmieni (jeśli w ogóle) to trochę danych w sieci przetransferujemy…

Oczywiście na placu boju zostaje nasz niezawodny, nowoczesny i otwarty dział IT. To niestety nasza działka. Regularnie, z uporem maniaka: tłumaczyć, szkolić, tłumaczyć, podpowiadać, tłumaczyć, przygotowywać instrukcje, tłumaczyć, robić „poranki z Wordem”, tłumaczyć i jeszcze raz tłumaczyć.

Czy to działa? Niestety, a raczej na szczęście tak. Mam żywcem z życia wyjęte przykłady, gdy lata tłumaczeń, odpowiedniego podejścia i jeszcze raz tłumaczeń przynoszą rezultaty w postaci zespołów ludzi, którzy ogarniają co się dzieje na komputerach, nie psują ich i reagują normalnie na sytuacje awaryjne. Niestety to lata… ale od czego jest efektywność nowoczesnych technologii…

Więc drogi dziale IT, czas zakasać rękawy, przygotować „howtusy” i ruszyć w bój. Nie szybko i niektórych, tylko powoli i wszystkich i KONIECZNIE nie tracić zapału oraz być systematycznym, najgorsza jest pierwsza setka, potem już jakoś leci...

wtorek, maja 08, 2007

Początki

Penetracja naszego życia, przez internet co roku przełamuje kolejne granice. Ilość dostępnych obecnie rozwiązań wykorzystujących tą międzynarodową sieć jest praktycznie niezliczona. Nikt nie wspomina już poczty, czy stron www, bo to tak naturalne jak prąd w gniazdku czy woda w kranie, teraz liczą się zintegrowane ze wszystkimi procesami biznesowymi firmy programy, do których dostać można się przez wyciągniętą z kieszeni komórkę, zaraz po wyjściu z samolotu na innym kontynencie, albo pralki które same ściągają nowe programy prania z internetu, swoją drogą ciekawe, czy ktoś już sprzedaje coś takiego, mówiąc szczerze nie zdziwiłbym sie...
A czy przypominamy sobie jaki był początek? Po co to wszystko zostało wymyślone (tak, wiem, chodziło o taki system komunikacji między bazami wojskowymi, który w razie ataku nuklearnego, przetrwa i będzie wstanie zapewnić komunikacje między ocalałymi....).
Takie zwykłe www, a raczej protokół http i zwykły mail miały na celu zwyczajnie ułatwić ludziom komunikacje i dostęp do informacji, bez względu na lokalizacje, umiejętności czy inne ograniczenia, które miały technologie sprzed ery internetu. Prostota tych rozwiązań miała to umożliwić. Pamiętajmy, że cały czas na świecie są ludzie, dla których e-mail czy strona www jest czymś enigmatycznym, a także o tym, że jest cała grupa ludzi, która odrywa nowy świat i niemalże nowe życie po zetknięciu się z internetem. Możliwość prostego, szybkiego, pozbawionego kosztów komunikowania się z kimś, kto w epoce telefonu i snail-maila był praktycznie nieosiągalny, poznawania ludzi, którzy dzielą te same pasje i wspomnienia, realizując je przez tworzenie najróżniejszych stron internetowych, czy usłyszenie się przez komunikator ze starym znajomym nie widzianym przez 25 lat są same w sobie niesamowite. Tym bardziej, ze jeszcze 5-10 lat temu było to nie do pomyślenia, ba nawet autorzy sf, nie przewidzieli wszystkiego.
A dostępność tych najprostszych technologii umożliwia korzystanie z nich również osobom wiekowym, rodzicom, czy wręcz naszym dziadkom, którzy odkrywają naprawdę nowy dla nich świat.
Nie, chce nie tylko powiedzieć, że pojawia się tu nisza do której można trafić z nowym produktem (komunikator dla dziadków???), ale że ta technologia jest naprawdę dla ludzi i ma ich rozwijać i robi to.

czwartek, kwietnia 19, 2007

Jezdem online

Wszędzie dobrze, ale on-line najlepiej. Ja jestem online, ona jest online, wszyscy są online. Jestem ultramobilny, zawsze dostępny z moim porable palmotpem i bluconnectem everywere. Cały czas w taczu ze wszystkimi mam dostęp, do maili, plików, baz danych, systemów księgowych i zawsze „dostępny” na trzech dowolnie wybranych komunikatorach….

Obsesyjność słowa online, którą teraz promują wszyscy dostawcy czegokolwiek, co podłącza się do prądu, przypomina mi czasami sytuacje sprzed kilku lat, gdy na topie było „Virtual Reality”, co poza masą sloganów i relacji z targów CeBit lub imprez graczy w praktyce oznaczało możliwość kupienia za ciężkie pieniądze chełmu do VR kompatybilnego z ułamkiem dostępnych wczas gier, niewygodnego, powodującego zawroty głowy i oczopląs (autentyczne testy z magazynów dla graczy). Temat zmarł śmiercią naturalną po półtora roku.
Daleki jestem od czekania na upadek „cywilizacji online”, bo poza rzeczywistą wygodą, zwiększeniem wydajności i elastyczności podejmowania decyzji oraz masy innych rzeczy, które uzyskaliśmy dzięki tytułowemu „byciu online” jest to właściwy kierunek rozwoju naszej cywilizacji, a jeśli nie właściwy, to co najmniej nieunikniony.

Jest małe ale… „nadgorliwość gorsza od faszyzmu” – piękne i brutalnie prawdziwe hasło mówi samo za siebie. Pojawiły się już pierwsze, a nawet kolejne opracowania analizujące faktyczny wpływ bycia „zawsze dostępnym” dla rzeczywistej wydajności w pracy. Nie są one pozytywne. Zresztą nie potrzebuje naukowych analiz aby autorytatywnie stwierdzić czym różni się mój dzień w pracy, gdy sprawdzam pocztę o dziewiątej, dwunastej, piętnastej i siedemnastej, od tego w którym zaglądam za każdym razem do skrzynki gdy mój nietoperz zaczyna machać skrzydełkami, albo outlook „plumka” o nowej wiadomości. Różnica jest dramatyczna, na niekorzyść obsesyjnego sprawdzania poczty, przeglądania nowych RSS’ów i czatowania na komunikatorach. No ale jestem ONLINE!. Będąc w forpoczcie jednostek wykorzystujących Internet i wszystko co z nim związane z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że „bycie online” przez 24 godziny na dobę to delikatnie mówiąc lekka paranoja. Wydajnościowa, organizacyjna i … personalna. Kto z nas nie zmarnował masy czasu klikając bezsensownie po necie, co ma już specjalne określenie - „wilfing”od What was i looking fof, albo usiłując coś wytłumaczyć przez komunikator, zamiast zwyczajnie zadzwonić.

O właśnie, komunikatory. Polisy bezpieczeństwa w kilku firmach musiały ulec pod naporem „potrzeby biznesowej” posiadania jednego z największych bubli technologicznych – gadu-gadu, że niby „łatwiejszy kontakt”. O ile jestem sobie wstanie wyobrazić rzeczywiste biznesowe sytuacje, gdy taki komunikator pomaga w pracy i przyspiesza ją, to moja prywatna teoria głosi, że 95% przypadków to kolejna możliwość obok prywatnych maili i przeglądania WWW, pozwalająca spożytkować czas w pracy na opowiadanie znajomym bzdur przez komunikator. Mail i WWW w zupełności wystarczy, tym bardziej, że komunikator przyda się naprawdę tylko do szybkiego przesłania odnośnika, a czas który dzięki niemu zaoszczędzimy stracimy w dwójnasób, albo więcej, klikając bezmyślnie z kimś znajomym, albo nawet nieznajomym. Tym bardziej, że niektóre listy znajomych zajmują kilka ekranów. Na 60 osób zawsze ktoś będzie online….
Autor chciałby zaznaczyć, że nie neguje sensu technologii mobilnych, stałego dostępu do informacji, czy niewątpliwych zasług gg dla rozwoju Internetu w Polsce. Autor chciał powiedzieć jedynie, że wszędzie przyda się umiar…. Nawet w byciu online.

piątek, kwietnia 06, 2007

Legia vs Polonia

Niektórzy z nas pamiętają walki pomiędzy atarowcami a comodorowcami („atarowca wal z gumowca”), albo między amigowcami, a PCtowcami. Teraz walczą PCciarze i konsolowcy (hehe, dopóki Live! Microsoftu nie będzie wspólny, kto z padem pokona w quake’a użytkownika klawiatury i myszy…)

Ale takie walki były zawsze dla dzieci, no i młodzieży. Dorośli byli poważniejsi… zanim nie kupili sobie Mac’a. To zadziwiające, ale w epoce gdy wszystkie komponenty jakiegokolwiek sprzętu wykonywane są w chińskich i wietnamskich wioskach w zamian za miseczki ryżu, a korporacje w „etyce” działań rożni jedynie logo, wciąż silna jest rzesza ludzi, którzy twierdzą że Mac jest lepszy od PC, albo na odwrót. Specjaliści wiedzą, że i tak nie ma różnicy, jedno i drugie to ten sam sprzęt, systemy może i się różnią, ale w sumarycznym rozliczeniu nie ma czegoś takiego jak „wiecznie zawieszający się Windows” i „bezawaryjny Mac”, systemy są w końcu systemami, a każdy wie, że w pracy z komputerem najważniejsze jest nie dać mu poznać, że nam się spieszy….

Lecz w świadomości szarej rzeszy użytkowników wciąż figuruje Mac, jako produkt o cechach boskich, wiecznie lepszy od innych, złych i brzydkich PC’ów. Fakt, Applowi nie można odmówić perfekcyjnego designu, czy mistrzostwa marketingu, jakim jest iPod (gorzej z wymianą komponentów w takim np. iMac’u, albo serwisem w polskich warunkach…ale o tym żółć niech wylewają inni). Skąd to się wzięło, że każdy, kto wie, gdzie myszka ma przód jest przekonany o gigantycznej przewadze Mac’ów nad innym sprzętem. Bo na pewno praktyka tego nie potwierdza.

Spójrzmy kilkanaście lat wcześniej i zobaczmy jak wyglądał rynek IT. Można było kupić paskudnego składaka, spawanego na stole stolarskim, wypełnionego losowo znalezionym sprzętem, albo … importowanego za dewizy, czyściutkiego, wygrzanego i markowego Mac’a. Co działało lepiej? Wytestowany sprzęt czy domowe składaki. Co wyglądało lepiej? Tandetna i kalecząca ręce obudowa PC czy idealnie rozkładająca się i śliczna obudowa Mac’a. Nie mówiąc o stabilności ówczesnych rozwiązań softwarowych.

To było kilka epok temu, przystosowując upływ czasu do specyfiki IT. Teraz wszystko jest praktycznie takie samo i liczy się bardziej dostępności i elastyczność rozwiązań, ale w małych głowach wciąż widnieje "niezrównany MAC". Każdy kto uważa użytkowanie Mac’a za powód do traktowania siebie za członka elitarnego klubu „błogosławionych użytkowników jabłka” powinien spojrzeć z czego i gdzie wykonywany jest ten Mac, jakich rozwiązań używa, i czy rzeczywista różnica nie leży tylko w znaku firmowym na obudowie. Leczy tu to panowie od marketingu powinni się dalej wypowiadać o wizerunku danej marki, a nie powinien być to argument techniczny. W żadną stronę. Życząc porozumienia ponad podziałami, idę integrować środowiska...